Wynoszono z tego maleńkiego przedsionka,  czy raczej „przedpokoiku”,  w którym trzymano wszelkie rupiecie, balię i taką metalową tarkę. Balię stawiano na środku izby, a na podłodze już leżała sterta bielizny i innych rzeczy, które miały być prane. W czasie okupacji, jak już pisałem, bardzo ciężko było o środki do mycia, prania. Mydło Mama robiła w domu, ale do prania, niestety, używano tego „ciężkiego” mydła i jakiegoś proszku niby do prania, którego nazwę zapamiętałem do dnia dzisiejszego. Na pudełku niewielkim niebieskiego koloru widniał napis: „OMO”. I zapamiętałem, że ten niemiecki proszek zmieszany był z jakimś piachem, który utrudniał nawet najmniejsze mydlenie. Nie przypominam sobie, by przed praniem, nazwijmy je – zasadniczym - odbywał się proces tak zwanego moczenia, jak to było później.      

A więc najpierw Babcia z Mamą na zmianę prały na tej tarce najpierw białą bieliznę, później kolorową. W izbie pachniało praniem, a w okresie chłodu na dworze nasze małe okienka były całkowicie zaparowane. W lecie otwierano drzwi na przestrzał i ta wilgoć wydostawała się aż na ulicę.

A później odbywało się płukanie. Mały z tym był kłopot wiosną czy latem, kiedy to z tym praniem wychodzono nad rzekę w okolice Gieraków, gdzie „bijąc” bielizną o duże kamienie, raz po raz płukano ją w wodzie rzeki. Ale zimą trzeba było płukanie robić w mieszkaniu i znów to noszenie wody ze studni było dla obu kobiet utrapieniem.

Później bieliznę wieszano na sznurach  zaczepianych od drewnianej ściany domu aż do drzewa wiśni rosnącej przy studni. Po wyschnięcie przynoszono bieliznę do izby i wtedy pachniało świeżym powietrzem, wiatrem i słońcem.

The topic in Kunena hasn't been created yet. Add your reply.
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd