Ale gdzie tam, najpierw na obiad w domu Łuczaków i dopiero po nim nad rzekę. Po drodze zawsze wstępowaliśmy po Panią Zofię Pyszkowską i razem z jej synem Tadziem, szliśmy drogą obok tej czerwonej szkoły nad rzekę, na plażę trawiastą obok Gieraka, gdzie szum wody opływającej wyspę, szum tej wspaniałej tamy przy młynie Strączyńskich wynagradzał nam to oczekiwanie na spotkanie z rzeką.

Wyjmowano jedzenie z koszy najczęściej, ów kompot z rabarbaru, nie zapomnę jego smaku, tamtego smaku do końca życia.  W jakiś sposób panie zakładały kostiumy kąpielowe, były one najczęściej  z jakiegoś trykotu zrobione i jednoczęściowe, a panowie zakładali kąpielówki, które po wejściu do wody, rozciągały się niesamowicie, a po wyjściu z niej często nawet nieprzyzwoicie. Były rozmowy starszych, poczęstunek,  a my, dzieci, już chlapaliśmy się w wodzie. Wtedy z tego miejsca przy Gierakach można było przejść wodą płytką po kolana na wyspę, jeszcze dla nas tajemniczą, ale jakże piękną. Woda wspaniała, czyściutka, ciepła…

Our website is protected by DMC Firewall!