Gdy Mama wczesnym świtem wyjeżdżała do Wielunia, ja nie mogłem doczekać się jej powrotu. Mimo zakazu Babci, wymykałam się z domu i szedłem na drogę wiodącej obok Mazurki. Potrafiłem dojść nawet do mostu, by zobaczyć, czy tam czasami nie ma żandarmów. Już wiedziałem o tym od starszych, bo  opowiadali, że  tam na podróżnych mogą oni czyhać. Potrafiłem dojść nawet do zabudowań  Borczyków, tych, którzy mieszkali przed mostem. Później siadałem pod jakimś drzewem i wypatrywałem na drodze furmanki, którą miała wracać Mama. Często takie oczekiwanie nudziło mnie i zmęczony wracałem do domu…  A po jakimś czasie znów wychodziłem już nie tak daleko, a tylko do uliczki prowadzącej w lewą stronę, gdzie mieszkała rodzina Kojów. Akurat przy skręcie w tę uliczkę był betonowy mur jakiegoś mostku, pod którym płynął w stronę rzeki potok albo jakaś struga. Siadałem na tym mostku i spoglądałem na drogę wiodącą z Wielunia. Widziałem łąki i pola ciągnące się aż do linii drzew rosnących nad rzeką, czerwone ceglane zabudowania domu Borczyków i za nimi przysadzistą stodołę. Spoglądałem na piaszczystą drogę do Gabrielowa i na domki na wzgórku Mazurki. Może najbliżej tego mojego wówczas punktu zasiedzenia i oczekiwania na powrót Mamy była zlewnia mleka, w której pracował, oczywiście pod nadzorem Niemca, a może i volksdojcza, Sokołowski, ojciec Ksawerego, późniejszego księdza. A na łące po przeciwnej stronie drogi, nieco w oddaleniu od niej stał domek Traczewskiego, którego dzieje wojenne są mi niemal całkowicie nieznane. Dzisiaj wiem, że miał zawód malarza pokojowego i był miłośnikiem motoryzacji. Po wojnie działał w straży pożarnej, w jakichś kółkach rolniczych i Bóg jeden gdzie jeszcze.

Our website is protected by DMC Firewall!